Są 2 sprawy:
1) - Nie jest tak, że wkład na księżeczce mieszkaniowej (k.m.) miał wystarczyć na mieszkanie. Od poczatku miał tylko chronić odłożone pieniądze przed utratą wartości na skutek wzrostu ceny 1 m2 (czyli - przed inflacją). Za komuny dla otrzymania mieszkania lokatorskiego wystarczyło uskładać 10% wartości mieszkania, a dla własnościowego - 20%. Reszta była spłacana w czynszu przez lata. Oczywiście trzeba też było odczekać kolejkę... Premia gwarancyjna gwarantowała tylko tyle, że jeśli np. w roku 1972 ktoś odłożył ówczesną równowartość 1,5 m2 mieszkania, a po kilku latach te same 1,5 m2 zdrożeje np. 3 razy, to premia mu tę różnicę pokryje, by nadal mógł kupić owe 1,5 m2.
Obecnie by otrzymać mieszkanie trzeba wyłożyć całą należność, a na to zwykle wkład na k.m. + premia nie wystarcza - bo zapewne uskładano tylko kilkanaście-kilkadziesiąt procent ceny mieszkania. I tu jest pewnie problem, którego do dziś nie rozumie wielu pechowych posiadaczy k.m. Natomiast książeczka może być - i jest - niezłym uzupełnieniem pieniędzy, które tak czy inaczej trzeba zdobyć na własne M.
2)- Osobna sprawa, to skandaliczne i złodziejskie praktyki PKO BP na przełomie lat 80/90, kiedy premię dzielono na tzw. starą i nową. Wtedy rzeczywiście drastycznie zaniżano premię, GWARANTOWANĄ jakoby przez Państwo. Takie przypadki były sądownie skarżone, m.in. przeze mnie. Wyroki - jak to w naszym państwie prawa - były różne. Niektóre sprawy chyba jeszcze się toczą. Ja np. przegrałem (w skandalicznych okolicznościach zresztą - temat na osobne opowiadanie), ale znam przypadek (absolutnie identyczny z moim co do meritum!), w którym przegrało PKO BP. Teraz właściwie problem wygasa, bo przypadki takie zaczyna obejmować przedawnienie, a od schyłku rządów Suchockiej bank PKO zaprzestał kantów i teraz liczy premię gwarancyjną w zasadzie zgodnie z jej nazwą i celem.
Wiem, że była próba (w zbiorowym procesie)obciążenia Skarbu Państwa odszkodowaniami dla ludzi zawiedzionych na książeczkach. Jak łatwo przewidzieć, sąd odrzucił pozew, zresztą podstawy były wątłe.
Rzecznik Praw Obywatelskich kilkakrotnie interweniował, zwłaszcza na początku lat 90-tych w sprawie k.m. Nie uzyskał zbyt wiele, a w niektórych wystąpieniach popełniał (rękami swych urzędników) dość podstawowe błędy. Były rzecznik, prof. Zieliński, przyznał się zresztą w jednym z wywiadów do porażki w kwestii tej ogromnej niesprawiedliwości. Obecny rzecznik na pewno sprawy już nie ruszy, jest zresztą wyjątkowo państwowotwórczy i pilnuje się, by nie podpaść rządowi.
Wg mojego rozeznania sprawa w Strassburgu nie ma większych szans na rozpatrzenie, a niemal żadnych - na pozytywne rozstrzygnięcie. I szczerze nad tym boleję, jako okradziony z 80% wartości swej książeczki. Naprawdę mi przykro.