Wynajmujemy z koleżanką mieszkanie w nowym bloku i od roku mamy problemy z sąsiadką, która mieszka pod nami. Nie jesteśmy złośliwe, prowadzimy zwyczajny tryb życia, przychodzimy z pracy/uczelni, uczymy się, słuchamy radia, śmiejemy, gotujemy, wychodzimy itp. Słowem stradard. Nie mamy dzieci, same nie biegamy, nie tupiemy, nie krzyczymy, nie robimy domówek bo na imprezy idziemy na rynek. Mimo to sąsiadka co raz nas nachodzi osobiście za dnia, nocami nasyła ochronę albo policję... już byłam dwa razy spisywana.....zarzuty? że hałasujemy, głosno chodzimy, rozmawiamy i wogóle.. Kiedys jak wracałam póżno zatrzymała mnie na klatce z zapytaniem czemu to tak póżno wracam?! Poczułam sie jakbym mieszkała w akademiku. Rozumiem że starsza kobieta może czuć dyskomfort bo owszem blok jest akustyczny ale czy to moja wina??? W miare możliwości staramy się zachowywać cicho ale nie można od nas wymagać ze po 22 nie wstaniemy z łóżka, że nie będziemy rozmawiać albo że kozaki ubierzemy dopiero pod blokiem ?! Rozumiem jeśli bym imprezowała czy naruszała ciszę nocną, ale żaden z innych sąsiadów jakoś na nic się nigdy nie skarżył... Administrator, panowie z ochrony czy policji po prostu mrugają okiem i mówią żeby sie nie przejmować ale ja juz przez nią jestem dwa razy spisana na policji, za nic.. a przeciez takie koszty interwencji patrolu tez są kosztowne i ktos za to płaci... Przyznaje ze nie wiem co zrobić bo ja się przez to nie czuję komfortowo w mieszkaniu za którego wynajem płacę dużo, i w którym chce swobodnie się czuć a nie być nagabywana i ograniczana.. Myslałam o tym aby pójsc po prostu na policje i złozyc skarge ze mnie nagabuje i zniesławia... a jej zaproponować przeprowadzenie sie do domku na spokojnej wsi

A tak na serio, to proszę o sensowne sugestie jak raz a dobrze rozwiazac ten konflikt rozmowy z tą Panią nic nie dają a nie chce nawet mysleć chodzęniu po sądach grodzkich ani szukaniu sobie innego mieszkania...